Nigdy coś do końca
Twardo na ziemi stałam przed swym obrazem.
Mam klucz od Ciszy.
Ukradłam sumieniu ot tak po prostu.
Zbroiłam się przed i po lekcji sztuki ?W dotyku bez tknięcia?.
Czekałam pół swego istnienia?
Cisza.
Czekałam by było jej mniej
Coraz mniej
Czekałam by krótsza była od zdania
By słowem już tylko.
Ze słowa w przecinek
i znikła.
Targnęłam na obraz
Ręce się trzęsły niemiłosiernie
Przeszłam pół kroku i głową o płótno walnęłam.
A mocne to tknięcie.
A takie niepożądane,
A przyjemne zarazem przed przebudzeniem.
Ujrzałam Ciszę.
Skuloną i słabą
Nikt jej nie słuchał.
Zdeptana dźwiękami
Taka ja przed kilkoma dniami.
Tak pragnę przejść swój własny obraz.
Jak On to zrobił?
Miliony warstw jedno na drugim.
Miliony postaci - miliony milionów.
Tak choćby połowę mieć z tego Co Stworzył?
Choćby cienką warstwę unerwienia.
